Kwiatki Brata Antoniego z gołonowskiej górki

Krótkie opowiadania napisane ręką o. Bogdana Kocańdy OFMConv, publikowane na łamach „Posłańca św. Antoniego” w latach 1998-1999.
Wstęp
Za siedmioma górami i siedmioma lasami, w Dąbrowie Górniczej - Gołonogu stoi kościół, którego historia  sięga XVII wieku. Wznosi się na górze, w obrębie Progu Wapnia Muszlowego, górując nad miastem tak, iż wszystkie domy mieszkalne, również te wspaniałe, współczesne, kilkupiętrowe z  windami, są niczym konstrukcje z klocków lego ułożone na dywanie zręcznymi rączkami dziecka. Do kościoła prowadzi aleja kasztanowa, łącząca teren kościelny z cmentarzem. Całość wzgórza wiosną i latem stanowi zieloną wyspę, która na tle szarych i ponurych osiedli hutniczo - górniczego miasta jest niczym płaty grążela żółtego  na tle lustra wody z pobliskiej Pogorii. Zimą natomiast wzgórze przypomina białą owcę, która zmęczona drogą położyła się, by odpocząć po środku pustyni. Miejsce to jest bardzo tajemnicze i kryje w sobie misterium Obecności, Tego, któremu spodobało się posłużyć świętym człowiekiem do naprawiania przeoranej rzeczywistością nadziei.
Święty Antoni Padewski o Tobie tu mowa, przyjmij ten dar w podzięce za....

autor
1. Sen gwardiana

Pewnego razu w Sanktuarium św. Antoniego z Padwy w Dąbrowie Górniczej miało miejsce dziwne wydarzenie. W niedzielny wieczór, kiedy br. Piotr zakrystianin i organista w jednej osobie, pozamykał kościół, w taki sposób, jak to zazwyczaj ma w praktyce czynić, we wnętrzu świątyni zapanowała błoga cisza. Nagle, w lewej nawie bocznej, ktoś cichutko zakaszlał, tak jakby był lekko przeziębiony. Później otworzyła się szklana zasłona i w miejscu gdzie, jak pamiętam, zawsze stała figura świętego z Padwy, teraz  pozostało tylko małe Dzieciątko Jezus, a po św. Antonim ani śladu.
Brat Antoni, może znudzony tym ciągłym staniem w jednej pozycji, postanowił troszkę rozruszać kości i udał się w odwiedziny do braci z Zakonu. Nie czekając na zbędne w tym momencie kurtuazyje, przeszedł przez drzwi klasztoru, tak, jak to można w telewizji na filmach zobaczyć, i udał się prosto do pokoju Gwardiana, był przecież dobrze wychowanym zakonnikiem i jeszcze z nowicjatu pamiętał, że najpierw, po przybyciu do klasztoru należy skierować swoje kroki do przełożonego. Gwardian nie spodziewając się takiego gościa spał już twardym snem, nie mając zielonego pojęcia o tym, co wokół niego się dzieje.
Brat Antoni, jak każda franciszkańska dusza, był radosnego usposobienia więc szybko postanowił, że zobaczy co też śni się Gwardianowi.
Przełożony klasztoru miał cudowny sen....sen o wspólnocie.
Śnił o wspólnocie, w której dominował prymat osoby. I gdzie wszyscy byli przekonani, że “dobro wspólne” można i trzeba godzić z dobrem poszczególnych osób.
Śnił o wspólnocie, w której struktury i przepisy leżały u podstaw równowagi i rozwoju jednostki, a ewangeliczna równość wszystkich osób była dostrzegana i podkreślana na każdym kroku.
Śnił o wspólnocie, w której nie było czasu na... straty. To znaczy: na podejrzenia i insynuacje, na złorzeczenia i narzekania, na plotki i oszczerstwa. Tam bowiem, gdzie ludzie naprawdę się kochają, nie ma miejsca na bezużyteczne trwonienie czasu.
Śnił o wspólnocie, w której nikt sam siebie nie traktował zbyt poważnie, ale każdy czuł się doceniony i poważany przez innych.
Śnił o wspólnocie, w której każdy miał odwagę powiedzieć to, co myśli, a jego wypowiedź była brana pod uwagę ze względu na jej faktyczną wartość, a nie tylko z powodu emocji czy doraźnych korzyści.
Śnił o wspólnocie, w której język dyskusji był jasny i przejrzysty. W której nie było lęku przed prawdą, także dlatego, że owa prawda, nawet twarda i bolesna, nigdy nikogo nie poniżała.
Śnił o wspólnocie, w której każdy był uważany przez innych za godnego zaufania. I starał się, aby takim być naprawdę.
Śnił o wspólnocie, w której bezpowrotnie przeminęły wszelkie próby mówienia źle o nieobecnych.
Śnił o wspólnocie, w której jedynym dopuszczalnym podejrzeniem była obawa, że bracia nie otrzymają wystarczającej dawki...miłości.
Piękny to sen, pomyślał rozradowany Brat Antoni, i wiele musi być takich braci i sióstr, które śnią o wspaniałych wspólnotach. Jak im pomóc ?
Po dłuższej chwili zastanowienia, wycofał się cichutko z pokoju Gwardiana, aby nie zbudzić zmęczonego dniem pracy przełożonego, i idąc po schodach w stronę kościoła zatrzymał się na przed ostatnim schodzie, zatarł ręce z radości i podniósł je wysoko do góry, tak, że były ponad kominami Huty Katowice. Wyprostowany, w pozycji oranta, zwrócił się tymi słowami do swego Pana i Boga: “Panie Jezu, czy sen Gwardiana i takie sny innych ludzi muszą pozostać tylko snami? Pozwól im się przebudzić...! Niech zobaczą, że Ty jesteś, niech przyjmą krzyż Twój i odkryją Twoją obecność w swych wspólnotach. Bądź dla nich Pasterzem, który przytulając do swego serca każdą owce pozwoli jej odczuć Twoją bliskość, ciepło i jej wartość”. Po tych słowach odwrócił się na pięcie i udał się na stałe miejsce, aby przyglądnąć się cudom, które Bóg będzie sprawiał w serach tych, którzy śnią o wspaniałych wspólnotach.

2. Dziewczyna w białej chustce

Nie minął jeszcze tydzień, kiedy brat Antoni postanowił wyruszyć na szlak niekończącej się przygody niesienia pomocy innym. Tym razem skłoniła go do tego mała, pomięta kartka wyrwana z zeszytu w kratki, na której widniał napis: Święty Antoni Padewski ratuj, bo żyć mi się nie chce!
Pamiętał dobrze sylwetkę dziewczyny w białej chustce na głowie, która dzisiaj rano, we wtorek, powolnym krokiem podeszła do ołtarza, przyklęknęła i z dużych oczu polały się jaskrawe perły łez. Bez słów rzuciła ową kartkę do puszki i tak, jak przyszła, tak też, wolnym krokiem odeszła, kryjąc się w cieniu bocznych filarów. Nie wyszła jednak z kościoła, usiadła pod chórem, tam, gdzie wielu “niedzielnych” chrześcijan zajmuje swoje zasadnicze miejsce w świątyni.
Brat Antoni przyglądał się długo jej oczom, zapamiętał je dobrze: duże, piwne, zapłakane, bez iskry nadziei. Niewytrzymał - jak bowiem można zostawić człowieka samego, kiedy nie ma w nim nadziei - pomyślał i nie czekając dłużej chciał zejść z postumętu i pomóc zapłakanej dziewczynie, ale co powiedzieli by ci maluczcy, którzy gromadzą się wokół jego figury, gdyby go tam nie było. Musiał czekać do zamknięcia  sanktuarium, a kiedy to się stało wyruszył na poszukiwanie dziewczyny w białej chustce na głowie.
Nie wiedział gdzie iść, było już zresztą ciemno, przystanął więc przy bramie cmentarza i prosił o natchnienie. Stał tak zawieszony między niebem i ziemią przez kilka minut, a później pełen wewnętrznego pokoju wyruszył w dół - pomiędzy ludzi. W świetle miejskich latarni bardzo łatwo można dostrzec to, co dzieje się w mieszkaniach wielu ludzi. Brat Antoni nie chciał podglądać, ale kiedy jego wzrok utkwił w duże balkonowe okno na parterze jednego z bloków zobaczył bardzo brutalną scenę. Mężczyzna, trzymający w jednej ręce pustą butelkę z wódki, drugą chciał uderzyć kobietę. Ta, opanowana panicznym lękiem, biegała wokół stołu, ratując się w ten sposób przed ciosami, najprawdopodobniej swego pijanego męża.  Jak pomóc tej kobiecie? Co ona teraz czuje, myśli? Antoni posiadał dar poznania i szybko uchwycił myśli owej kobiety. Owładnęła nią wyłącznie jedna myśl - uciec! Wydostać się z tych czterech ścian, w których nie można było mieć nadziei. Uciec, nim spadną kolejne ciosy....
Pobiegł bliżej okna i chciał się już wspinać na balkon, aby przyjść z pomocą, ale zauważył policyjny samochód, który nadjeżdżał wezwany najprawdopodobniej przez zdenerwowanych sąsiadów, którzy nie mogli spokojnie spać. Powstrzymał się i wycofując podszedł do bliżej nie określonego krzewu, skąd obserwując z pewnej odległości interwencję policji modlił się do swego Pana prosząc o błogosławieństwo w tym domu, pokój, jedność, wzajemne przebaczenie. Kiedy przez jego myśl przechodziła kolejna intencja nagle pamięć przywołała obraz dziewczyny w białej chustce. A może ten brak sensu życia i nadziei był powodowany podobną sytuacją w jej domu rodzinnym?  To skojarzenie nasunęło mu wspaniałą myśl: Skontaktuję się z Aniołem Stróżem tego miasta, ten napewno w wykazie mieszkańców będzie miał dane osobiste poszukiwanej dziewczyny, albo nawet ją odszuka, przecież aniołowie porozumiewają się pomiędzy sobą. I tak też uczynił. Informacje były naglące: dziewczyna jest na stacji PKP, chodzi nerwowo po peronie tak, jakby czekała na wciąż nie nadjeżdżający pociąg. Przeczucie brata Antoniego nigdy się nie myliło i tym razem był pewny, że musi się pośpieszyć. Podwinął habit, związał go mocniej paskiem i pobiegł na dworzec kolejowy. Kiedy wbiegiwał na peron w głośnikach charczał  głos: “Torem drugim przy peronie pierwszym przejeżdża pociąg towarowy, proszę odsunąć się od torów!” I faktycznie, już był bardzo blisko, ale bardzo blisko była również dziewczyna z białą chustką na głowie, która gotowała się do zrobienia tego ostatniego kroku. Brat Antoni przyspieszył bieg i ... w ostatniej chwili uchwycił za rękę lecącą już pod pociąg dziewczynę, przyciągnął mocno ku sobie i spojrzał prosto w jej duże oczy. W pierwszym momencie nie wiedział co zrobić, ale po chwili uśmiechnął się łagodnie i powiedział: Jezus Ciebie kocha, nie chce Twojej śmierci, pragnie Cię prowadzić po falach tego świata jak Piotra, abyś w pokoju i bezpiecznie spoczęła wraz z uczniami w łodzi. Zaufaj Mu, gdyż jak powiada prorok Izajasz: Ci, co zaufali Panu odzyskują siły, otrzymują skrzydła orła, mogą biec bez zmęczenia.
W oczach dziewczyny zajaśniała iskierka nadziei, głęboki oddech, a potem łzy, te błogosławione. Po chwili usiadła na wąskiej ławce, zerwała z głowy białą chustę, była całkiem łysa i popatrzyła w twarz bratu Antoniemu. Ten, nieco speszony, uśmiechnął się do niej ponownie, delikatnie chwycił ją za rękę i jeszcze raz szepnął: Nie bój się, Jezus Cię kocha. Dziewczyna położyła głowę na jego ramieniu, jak umiłowany uczeń na ramieniu Mistrza, i wypowiedziała krótkie: dziękuję. Po dłuższej chwili milczenia oboje wrócili pomiędzy ludzi, do życia.

3. Dwa poranione gołębie

Mżył deszcz i było zimno, kiedy do franciszkańskiego sanktuarium przybyła już nie pierwszej młodości para. Idąc kasztanową aleją, która w tym dniu przybrała ciemne kolory wprowadzające w klimat grozy, pod jednym parasolem, wtuleni w siebie, wyglądali jak narzeczeni szukający drogi do kancelarii parafialnej, aby tam podjąć odpowiednie kroki do sfinalizowania przygotowań przed zawarciem sakramentu małżeństwa. Kiedy weszli do świątyni, zaraz po przywitaniu Pana Jezusa ukrytego w Najświętszym Sakramencie, udali się przed ołtarz  św. Antoniego.
Brat Antoni uwielbiał te chwile, kiedy niewielki kościółek był pusty, mógł wówczas spokojnie prowadzić konwersację z Dzieciątkiem Jezus. Tego dnia żalił się Bożej Dziecinie, że coś go kłuje w prawym boku, że jest już stary i coraz słabszy, i nie może jak wcześniej podołać piętrzącym się zadaniom. Wówczas Pan Jezus uspakajał go mówiąc, żeby naśladował młodego Dawida, który w imię Boga szedł walczyć z potężnym filistynem: Tak i ty w walce ze swymi wyolbrzymionymi przeszkodami, by służyć innym, weź do ręki broń imienia Bożego, a wszystko będzie dobrze. Tak pocieszony na duchu, głęboko odetchnął i jeszcze z większym zaangażowaniem nastawił uszy na prośby będących w potrzebie. I właśnie wówczas do świątyni weszła wspomniana para.
Kobieta i mężczyzna, trzymali się za ręce, ich ciała dygotały z zimna, a usta były tak szczelnie zamknięte, iż wydawało się że nigdy nie przemówią. Błagalnym wzrokiem wpatrzeni w figurę świętego z Padwy, gdzieś w głębokim wnętrzu prosili o pomoc. W pamięci obu rysowały się trudne chwile życia wspólnego i na dodatek bolały zranione serca nieudanych pierwszych związków małżeńskich. Był to bardzo trudny moment w ich życiu, gdyż po raz kolejny zatrzymali się w teraźniejszości, by popatrzeć w przeszłość, a to często boli. Rozczarowania i towarzyszące im cierpienie, w końcu ucieczki, długie poszukiwanie szczęścia zakończone ulotną radością  ze znalezienia drugiej połówki pomarańczy, tej właściwej, na resztę życia.  Ulotna to radość, gdyż nie pełna, przed Bogiem nieuregulowana, bez sakramentalnego zjednoczenia, przy wielkim głodzie Najwyższego Dobra, ale z przeszkodami  niedopokonania. Jedyne rozwiązanie to żyć jak brat z siostrą, dlatego są tutaj prosząc św. Antoniego by był świadkiem ślubu czystości, który pragnęli złożyć Jezusowi, świadkiem tym kwalifikowanym. Od teraz chcą żyć razem, lecz inaczej: na mocnym fundamencie wiary, z Bogiem, bez chęci zdobycia i z łaską, której żaden człowiek dać nie może.
Żyć jak brat i siostra, to wielka sprawa - pomyślał Brat Antoni i zwrócił się do Jezusa: Panie, i jak tu nie służyć innym, nie być ich orędownikiem, kiedy przychodzą i proszą o pomoc chcąc jak najpełniej zjednoczyć się z Tobą. Te konkretne cuda przemiany, na które godzą się wolną wolą niech zapisze Anioł Sekretarz w Księdze Życia, a Ty Królu mój i Panie, wspieraj ich i daj potrzebne łaski, przede wszystkim nadzieję wytrwania oraz otwórz bramę sakramentów przemieniając im serca i wlewając pokój. Proszę cię, ja świadek kwalifikowany.
Tyle co wypowiedział te słowa, a w drzwiach zakrystii pojawił się starszy zakonnik, który nie zwlekając ani chwili podszedł do modlącej się pary i zaproponował swą pomoc. Zaraz też została przyjęta, ta największa, gdyż sakramentalna posługa jednania.
Po wielkim wewnętrznym wyznaniu, zapłakani, ale szczęśliwi, jak dwa poranione gołębie cieszące się z tego, że są razem ze sobą, wyszli  trzymając się pod rękę. Kobieta i mężczyzna, dwa nowo zapalone światła, zniknęły w kasztanowej alei, która dziwnym zbiegiem okoliczności, zagubiła dawną grozę ciemności.

4. Płaczący  mężczyzna

Był to jeden z tych wieczorów, których się nie zapomina. Wiatr dął bardzo mocno tak, iż wszystkie drzewa rosnące na Górce św. Antoniego składały  pokłon Stwórcy za dzieło stworzenia. Kolorowe neony szyldów sklepowych i żółte światła ulicznych latarni oraz “znicz olimpijski”, który zawsze płonie na terenie Huty Katowice nadawały równinie miasta tajemniczy, aczkolwiek radujący ludzkie oko klimat. Nawet droga do centrum, nazwana tylko przez jednego człowieka “autostradą do szczęścia”, w wyobraźni rodzącej się po zamknięciu oczu mogła być pasem startowym dla samolotów, bądź drogą królewską  usłaną żółtymi różami. Nią właśnie od strony stolicy Zagłębia przyjechał młody człowiek. Mężczyzna w czarnym długim płaszczu, bez nakrycia głowy, sylwetka sportowca, na twarzy kilkudniowy zarost nadający jej nieco zabawny lecz ciepły wyraz.
Było jeszcze kilka minut czasu do rozpoczęcia wieczornej Eucharystii, więc pierwsze swe kroki skierował do świętego z Padwy. Kiedy ukląkł rozpłakał się jak mały dzieciak, któremu wcześniej kolega ukradł zabawkę. Płaczący mężczyzna - rzadki to widok w publicznym miejscu, ale w tej świątyni, której mury  pamiętają wiele podobnych przypadków, to nic nadzwyczajnego.
Sprawa była poważna, dlatego brat Antoni wytężył  jeszcze mocniej słuch, by nie utracić ani jednego słowa, ani jednej myśli proszącego o pomoc mężczyzny.
A człowiek ów, z wielkim grymasem na twarzy pytał w skrytości serca franciszkańskiego cudotwórcę: Powiedz mi św. Antoni, dlaczego mnie się to przydarzyło. Dlaczego ta, z którą rozpocząłem odkrywać tajemnicę całkowitego daru z siebie, po sześciu miesiącach wspólnego życia małżeńskiego odeszła ode mnie i to z najlepszym moim przyjacielem. Filmowa parodia, która naprawdę boli. Serce  całe rozdarte autentycznym faktem. Co dalej, powiedz mi święty od rzeczy zagubionych, a może święty od zagubionych żon?
Ta ostatnia refleksja bardzo zabolała brata Antoniego, ale rozumiejąc jęk rozdartego serca ze współczuciem i miłosierdziem w oczach popatrzył na zdruzgotanego mężczyznę. Co zrobić, jak przyjść mu z pomocą - zastanawiał się brat mniejszy.
Tymczasem kapłani otoczyli ołtarz rozpoczynając świętą liturgię. Główny celebrans po pozdrowieniu zebranych w świątyni wezwał wszystkich do zwrócenia swych serc w stronę Jezusa, który gładzi każdy nasz grzech i jako Zbawiciel świata ofiarował nam swoją miłość.
Nagle na twarzy brata Antoniego pojawił się wielki uśmiech i zawołał sam do siebie: Najpierw obmyję swe ręce i złożę dary Chrystusowi, a potem poproszę Panią Pięknej Miłości, aby w zagubionej owieczce rozpaliła serce łaską cierpliwości i zawierzenia. A sam, wraz z Judą Tadeuszem pobiegnę do owej kobiety i zapytamy ją dlaczego tak szybko zdezerterowała od złożonej przed Bogiem przysięgi małżeńskiej. Jak pomyślał, tak też zrobił. Po zakończeniu Eucharystii, ukłonił się Przenajświętszej Panience i zaraz potem, z Judą od spraw beznadziejnych pobiegli do niewiernej żony.
Przyjęcie na progu domu było chłodne, ale kobieta wpuściła ich do niewielkiego mieszkania, a święci nie czekając na zbędne w takich momentach konwenanse przystąpili z wielkim zapałem do ukazania sakramentu małżeństwa, jako wolnego aktu człowieka z którego rodzą się konkretne zadania i obowiązki. Przedstawili również stałość męża i jego zaangażowanie w odbudowę zniszczonej jedności. Serce kobiety z minuty na minutę zdawało się topnieć i wcześniejsza zlodowaciałość ustępowała miejsca żywym tkankom. Punktem kulminacyjnym rozmowy stał się argument, który św. Antoni przywołał z natchnienia Bożego: Proszę Panią, a nadto proszę zauważyć, że to nikt inny, tylko Pani wypowiedziała tego dnia te koronne słowa: “nie opuszczę cię aż do śmierci”. Jak Pani może popatrzeć teraz Panu Bogu w oczy, przecież Boga Pani nie okłamie. I proszę się nie bać powrotu,  mąż już przebaczył i czeka, a Bóg jest jeszcze bardziej przebaczający, dlatego jesteśmy dzisiaj u Pani. Po tych słowach kobieta rozpłakała się i w pierwszym odruchu chciała wybiec z pokoju, gdzie toczyła się rozmowa, ale coś ją powstrzymało, w końcu wykrzyknęła: Ja tak bardzo tego pragnę, ale bałam się powrócić, gdyż myślałam iż mój mąż mi nie przebaczy. Teraz wiem, że ślub który złożył był z jego strony autentycznym oddaniem siebie samego, aż do końca. Dziękuję Wam za ukazanie prawdy.
Więcej święci nie chcieli już usłyszeć, pobiegli rozradowani do płaczącego mężczyzny prosząc go jednocześnie o wyrozumiałość względem powracającej niewiernej żony oraz o odwagę w budowaniu jedności małżeńskiej, a następnie  udali się przed tron swego Pana i Jego Matki, aby podziękować za cud przemiany i łaskę zrozumienia, której doświadczyła zagubiona kobieta. Brat Antoni podziękował również niezawodnemu Judzie i z uśmiechem na twarzy oraz ze stokrotką w ręku, podarowaną przez napotkaną dziewczynkę, udał się do swego “biura” w bocznym ołtarzu świątyni.

5. Warto być błaznem Pana

Była już wiosna. Młodzi mieszkańcy Dąbrowy Górniczej coraz chętniej siadali na rowery i kosztując pierwszych promieni wiosennego słońca udawali się na swych stalowych rumakach na różne rowerowe wyprawy. Obok zalewów Pogorii największą popularnością cieszyła się Gołonowska Górka, która jako mała oaza zieleni wyrastała spośród betonowej pustyni. Tu, na Wzgórzu św. Antoniego śpiewały najpiękniej ptaki, stąd posiadacze “górali” mogli przedzierać się na Borową Górkę, aby tam, w krosowych wyścigach, zmierzyć się z rówieśnikami.
W tym właśnie czasie kilkuosobowa grupa młodych szalikowców z pobliskiego osiedla postanowiła, że w ramach rywalizacji pomiędzy osiedlowej zrobi “porządek” z tymi, z drugiego osiedla. Przywódcy paczek, które mimowolnie tworzą się przy danej ulicy albo bloku skrzyknęli się w garażu jednego z nich i postanowili stoczyć “świętą wojnę” na Borowej Górce.
W całym mieście wśród młodzieży wyczuwało się dziwną atmosferę, która charakteryzowała się nadpobudliwością oraz tajemniczością zebrań pod blokami coraz większych grup chłopaków z szalami jednego z klubów sportowych. Klimat przygotowań do bitwy udzielał się nawet najmłodszym z podstawówek, gdyż  oni  to właśnie opowiadali pomiędzy sobą o wiszącej w powietrzu bombie.
Osiedlowe porachunki to już coś normalnego w dużych agromeracjach miejskich, ale sam fakt, że ma dojść do takiej konfrontacji napawał niektórych grozą, a u innych jeszcze mocniej podładowywał agresję wobec otoczenia. Niestety rodzice i starsi byli ślepi na to wszystko. Zabiegani, z tysiącami spraw na głowie, niczego się nie spodziewali.
Brat Antoni, jak to miał na wiosnę w zwyczaju czynić, wymknął się niepostrzerzenie z świątyni i wyruszył na spacer po cmentarzu. Zazwyczaj chodził tam trzy razy do roku: na Wszystkich Świętych Franciszkańskich, następnie wówczas, kiedy spadał pierwszy śnieg przykrywający grobowce białym puchem oraz na wiosnę, gdy szczególnie stara część cmentarza przybierała niecodzienny koloryt mieszanki zieleni drzew z szarą barwą grobowców. Były to dla Antoniego radosne chwile, gdyż mógł kontemplować jednocześnie śmierć i życie, stałość i przemianę. Wędrując alejkami cmentarza brat Antoni czytał nagrobne napisy znajdując w ich treści ból utracenia, nadzieję na jutro oraz pragnienie wiecznej szczęśliwości. Przechodził właśnie koło dużego kamiennego krzyża, który minionej jesieni pod wpływem silnego wiatru uległ zdeformowaniu, kiedy wzrok jego padł na jeszcze małą grupkę młodzieży gromadzącej się na Borowej Górce. W pierwszej chwili uciekł myślą do kapituły generalnej Zakonu Braci Mniejszych przy Porcjunkuli w 1221 roku, w której uczestniczył na Zielone Świątki. Była to bardzo ważna kapituła, gdyż braterstwo franciszkańskie przeżywało wyraźny kryzys wzrostu. Przybyła też na nią rekordowa liczba zakonników, ponad trzy tysiące, a może nawet więcej, ale komu by się chciało zliczyć tak wielką rzeszę braci franciszkańskiej. Kapituła namiotów, bo tak ją szybko nazwano, była dla brata Antoniego bardzo ważna, gdyż na niej podjął decyzję: “Trzeba przystosować się do życia tego braterstwa, trzeba stać się prawdziwie bratem mniejszym”. Stąd też często powracał do tamtych chwil swego życia.
Jednak owa młodzież niczym nie przypomianała franciszkowych synów. Im był bliżej nich, tym  zauważał więcej szczegółów, które budziły w jego sercu niepokój. Wszyscy, pomimo panującego ciepła posiadali na szyjach takie same szale, a w dłoniach różnorakie przedmioty, które mogły służyć m. in. i do bicia oraz używali dużo wulgaryzmów. Coś niecodziennego gotuje się w powietrzu - pomyślał brat Antoni i szybszym krokiem podążył  w kierunku gromadzącej się młodzieży. Kiedy już stanął pośród nich zapytał kulturalnie w jakim celu się tutaj gromadzą. Najchutszy ze wszystkich, z orlim nosem i włosami koloru miedzi, śmiejąc się szyderczo z wyglądu franciszkańskiego zakonnika wycedził przez zęby: “Spadaj do klasztoru, nic tu po tobie. Zajmij się lepiej swoim Bogiem, a nie wtrącaj się do nie swoich spraw”.  Te ostre słowa bardzo zabolały brata Antoniego, ale zważywszy na to, że młody rudzielec przechodzi przez bramę okresu adolescencji i że Bóg obdarzył franciszkowego brata łaską mniejszości opartą na cnotach miłości i cierpliwości, ubogi zakonnik odpłacił zarozumialcowi szczerym uśmiechem i bez żadnego słowa pozostał na swoim miejscu. A ponieważ ten dziwny dialog  wprowadził młodocianych szalikowców  w klimat złowrogiej postawy wobec osoby brata mniejszego, Antoni nie zwlekając ani chwili szybko przejął inicjatywę w swoje ręce. Swoim zwyczajem podwinął habit, zakasał rękawy i rozpoczął zabawny taniec chodząc na rękach. To  rozbawiło zgromadzonych młodzieńców tak, że zaczęli się z niego śmiać i naigrywać. Antoni znał kilka pantonimowych żartów i sztuczek zaczerpniętych z “franciszkańskiego radośnika”, raz po raz raczył nimi tak nietypową widownię. Młodzi szalikowcy, zaskoczeni taką postawą braciszka z upływem czasu przemieniali swoje oblicza, doszło nawet do tego, że kilku z nich włączyło się w zabawy proponowane przez “błazna Pana”. Korzystając ze zmiany atmosfery brat Antoni umiejętnie przeszedł z języka pontonimy na język słów i opierając swą wypowiedź na hymnie o miłości roztoczył przed oczyma zebranych wizję świata, w którym głównymi bohaterami są wspaniali chłopcy w szalikach; świata, gdzie nie ma miejsca na przemoc i walkę, a wszyscy są akceptowani i żyją w zgodzie. Do świata tego prowadzi tylko jedna brama, którą jest Jezus Chrystus. Wypowiadając te słowa z mocą i z wdzięczną słodkością dla ucha sprowadził swych słuchaczy z Borowej Górki na ulice osiedla i tam ukazywał im ów nowy świat, wskazując na ich bloki, mieszkania, garaże i ludzi których mijali i wśród których żyli. Dziwny był to widok: duża grupa szalikowców, a na jej czele gestykulujący zakonnik, obok niego chudy rudzielec z orlim nosem i pozostali, którzy jakby zaczarowani, wsłuchani w mówiącego brata Antoniego przechodzili przez tak dobrze znany sobie teren. Tak oto pasterz przyprowadził zagubione owce do owczarni zapobiegając wydawać by się mogło nieuniknionej konfrontacji.
6. Licho nie śpi

Wakacje, czas odpoczynku i radości, dla wielu czas “luzu”, nawet od Boga, oraz błogiego lenistwa. W takim klimacie błogostanu łatwo “podarować sobie odrobinę luksusu” i zawitać u wróżki, spotkać się z magiem, zaufać horoskopowi, albo kierując się zwyczajną ludzką ciekawością  wziąść udział  w seansie spirytystycznym. To w sumie niewiele kosztuje, a pragnienie posiadania wiedzy  o przyszłości  lub kierowania tak swoim życiem, żeby było jak najlepsze, często zwycięża nad zdrowym rozsądkiem  i zobowiązaniami wypływającymi  z wyznawania własnej wiary.
Pewnwgo wakacyjnego popołudnia, kiedy w mieście było bardzo gorąco, brat Antoni jak zawsze uśmiechnięty, w swoim franciszkańskim habicie, który w nastałych okolicznościach wydawał się być przysłowiową motyką na słońce, wybrał się pospacerować ulicami Dąbrowy Górniczej. Głównym powodem tej jego przechadzki było pragnienie zobaczenia jak zagłębiacy spędzają czas w okresie wakacyjnego wypoczynku.
Wędrując różnymi ulicami obok znużonych upałami przechodniów i mnóstwa reklam spotykał znane już z innych miast szyldy informujące o ludziach przepowiadających przyszłość, które swoją barwą i kolorytem zapraszają do wejścia  i skorzystania z usługi.  Przed jednym z nich stały dwie młode dziewczyny głośno rozważające ewentualność  spotkania się z jasnowidzem. Brat Antoni  nie mógł przejść obok nich obojętnie. Podszedł więc do wahających się jeszcze dziewcząt, przedstawił się i w krótkim dialogu zwrócił im uwagę na to, że często nieświadomi zagrożenia  godzimy się na nowe doświadczenie życia nie zdając sobie z tego sprawy, że w rzeczywistości wychodzimy spod ochronnego płaszcza Bożej łaski i mocy skazując się na działanie tajemniczych sił,  z którymi nie możemy sobie później poradzić. Dziewczyny wysłuchały argumentacji brata mniejszego i ku jego zaskoczeniu nawet podziękowały mu za to, że przyszedł w odpowiedniej porze. Rozradowany tym faktem brat Antoni wyruszył w dalszą drogę.
Mijając tłumnie przechodzących pieszych  nagle, po kilku minutach  spaceru, zatrzymał się przed sklepem z pamiątkami. Jego uwagę przyciągnęły olbrzymie gabloty zawieszone na ścianach sklepu. Podszedł bliżej do  dużego witrynowego okna i przebijając się wzrokiem przez barwną wystawę  usiłował zobaczyć  zawartość owych tajemniczych gablot. Obok różnorodnych prezentów dwie z nich mieściły w sobie amulety i to  w większości przedstawiające znaki i symbole szatana. Michale Archaniele - zwrócił się do niego brat Antoni - widzisz to i nic nie robisz! To przecież środki którymi tak często nasz nieprzyjaciel zdobywa dusze i serca ludzi. Wodzu wojsk anielskich  przyjdź z pomocą tym wszystkim, którzy w owych blaszkach pokładają nadzieję. Obroń ich przed mocą złych duchów. A ja będę się modlił o łaskę wiary dla nich, by w Jezusie Chrystusie pokładali swą ufność. Po tym szybkim apelu franciszkański zakonnik pobłogosławił wszystkich przebywających w sklepie i tych, którzy kiedykolwiek do niego wejdą, aby mocą Trójcy Przenajświętszej byli strzeżeni przed siłami Złego. I z modlitwą w sercu poszedł dalej.
Wchodząc w przejście podziemne stanął na przeciw kilkuosobowej grupy “młodych gniewnych”. Na swoich czarnych podkoszulkach chłopcy i dziewczyny nosili symbole zła bądź nazwy zespołów satanistycznych. To nieoczekiwane spotkanie zaskoczyło brata Antoniego jednak nie mniej niż głośno zachowującą się młodzież. Na widok człowieka w habicie posypały się pod jego adresem wulgaryzmy, na które nikt z przechodniów nie zareagował. Antoni dumnie podniósł głowę, wyprostował plecy i patrząc prosto w oczy krzykaczom  pewnym krokiem ruszył przed siebie. Nadto w jego ustach zabrzmiała Pochwała stworzeń, pieśń ułożona przez św. Franciszka z Asyżu. Zrobiło to tak wielkie wrażenie na wszystkich, że młodzi sataniści rozstąpili się tak, iż wielbiący Boga zakonnik  mógł swobodnie przejść środkiem pomiędzy nimi. Była to wspaniała scena, godna wyreżyserowania przez najznakomitszego reżysera filmowego. Znalazło się nawet kilkoro spośród gapiów, którzy zaczęli klaskać w dłonie i wpatrując się w twarze “zamurowanych” młodych gniewnych dawali wyraz  aprobaty przyjętej przez brata Antoniego postawie. A on sam przeszedł z radością w sercu na drugą stronę jezdni.
W drodze powrotnej, wchodząc już na Wzgórze Gołonowskie zauważył na ścianach starego tunelu, który chroni schody prowadzące do kościoła przed śnieżną zawieruchą i deszczem, prowokujące napisy: Księża na księżyc... Precz  z Kościołem... i inne, których nie godzi się wypowiadać. Te najwulgarniejsze zaczął mazać rękawem swego habitu jednocześnie odmawiając modlitwę: Wszechmogący Boże, który wywiodłeś Izraela z ziemi egipskiej, z domu niewoli. Boże, który przypominasz nam, abyśmy nie mieli cudzych bogów obok Ciebie, abyśmy im nie oddawali pokłonu i im nie służyli, bo jesteś Bogiem zazdrosnym. Nie poczytuj winy tym, którzy tak daleko pobłądzili. Z miłości do nas  wszystkich przysłałeś na ziemię swego Syna, Jezusa Chrystusa, aby wyzwolił nas od działania Złego i jako jedyny Pośrednik  do Ciebie przeprowadził nas w ziemskim pielgrzymowaniu do Królestwa szczęścia wiecznego. Daj nam silną wiarę, niezachwianą nadzieję i olbrzymią miłość, abyśmy Jezusowi Chrystusowi oddawali zawsze cześć, chwałę i uwielbienie. A te wszystkie zagubione owce przyprowadzili do Twej owczarni.
Po skończonej pracy i modlitwie  brat Antoni zdobywając poszczególne schody tunelu  pogrążył się w zadumie szukając konkretnych form  przeciwstawienia się zgubnej fali zła. Tak, iż nawet nie spostrzegł się kiedy znalazł się w objęciach Dzieciątka Jezus.

7. Rodzicielskie ambicje

Każdy wtorek jest dla brata Antoniego najbardziej wytężonym dniem pracy. Zawsze jednak późnym wieczorem  spotyka się ze swoim Panem i z radością opowiada  o wydarzeniach całego dnia, dziękując Mu  za wszystkie otrzymane łaski. A jest o czym opowiadać.
W miniony wtorek na poranną Msze św. przybyło rozgoryczone małżeństwo. Zasiedli  w starej ławce i jakby na zawołanie, z wielkim bólem i żalem, poczęli robić Bogu wyrzuty: “Boże, dlaczego zabierasz nam syna? Wiązaliśmy z nim wielkie nadzieje, po ukończeniu szkoły  i zdaniu egzaminu maturalnego miał iść na studia, aby w przyszłości zostać inżynierem. Wówczas jego stan społeczny pozwoliłby mu na bycie kimś. Zainwestowaliśmy w niego wszystkie nasze rodzicielskie uczucia i wiele trudu wychowawczego, nie wspominając już o sprawach materialnych. Jest młody i zdolny, a Ty Boże chcesz nam go zabrać powołując do stanu kapłańskiego. Czy już nasze rodzicielskie serca nie są dla ciebie ważne, nasze oczekiwania i marzenia zbyt wysublimowane by mogły być zrealizowane...”
Modlitwa, tak pełna cierpienia i wyrzutów skierowanych w kierunku Pana Boga była osobistym wołaniem  zdruzgotanych rodziców. Od czasu kiedy ich młodszy syn  oznajmił w domu, iż od września wstępuje do zakonu, gdzie pragnie zostać kapłanem rodzice nie płonęli z euforii, a wręcz przeciwnie, znając uwarunkowania środowiska i posiadając wielkie ambicje względem swego syna, jego decyzja była dla nich mieczem wbitym w sam środek serca. Odwrócili się plecami od niego: “Jak tak, to już na nas nie licz - wykrzyknął zdenerwowany ojciec - już nie jesteś naszym synem, radź sobie teraz sam.” Pamięć tamtych wydarzeń sprzed kilku dni nie pozwalała  przebaczyć, rana zadana niewolniczym ambicjom była tak głęboka, iż wydawało się że nigdy nie zostanie zagojona.
Brat Antoni przysłuchiwał się tej modlitwie bacznie obserwując rozgoryczone twarze małżonków. Znał dobrze tę rodzinę. Ich starszy syn był związany ze środowiskiem oazowym, ale od kiedy rozpoczął pracę zarobkową już coraz mniej czasu poświęcał wspomnianej grupie przyjaciół. Natomiast młodszy z synów od kilku lat służył przy ołtarzu najpierw jako ministrant, a teraz jako lektor. Jego młode serce otwierało się  na Boże natchnienia i chętnie przychodził do niewielkiego kościółka. To właśnie tu, obserwując pracę kapłanów i zatapiając się w modlitwie osobistej zrodziło się w jego sercu pragnienie pójścia za Chrystusem. Nigdy jednak o tym nie mówił, gdyż zauważywszy od pewnego czasu szczególne zainteresowanie rodziców jego przyszłością bał się ich zranić. Rodzice to typowe polskie małżeństwo. Ich wiara w Boga jest tradycyjna, oparta na praktykowaniu niedzielnej Eucharystii, świątecznych spowiedzi oraz wieczornych pacierzy. Bez głębszej potrzeby zanurzania się w tajemnicę obecności Najwyższego Dobra. Pochłonięci pracą zarobkową i wychowaniem synów nie utrzymywali szerszych kontaktów towarzyskich, jedynie te, w obrębie własnej rodziny. Jedynym pragnieniem, które było zakotwiczone gdzieś w głębinie ich serc było to, aby synowie ziścili ich własne marzenia o lepszym i wygodniejszym życiu.
Panie Jezu - zwracając się do Chrystusa wyszeptał brat Antoni - jak pomóc tym rodzicom, jak otworzyć im oczy na Twoją  miłość do nich i uświadomić im że Ty nie zabierasz syna, ale go im ofiarowujesz jako “anioła”, który będzie przy nich tak blisko, jak nigdy by nie był, gdyby założył własną rodzinę.
Rozpoczęła się Święta Uczta, z zakrystii “wysypała się” poprzedzająca kapłanów gromadka ministrantów i lektorów, wśród nich i syn rozgoryczonego małżeństwa. W czasie liturgii słowa brat Antoni wsłuchując się w święte teksty, nagle wyskoczył ze swego miejsca jak wystrzelony z procy, podbiegł do głównego celebransa i wyszeptał mu coś do ucha, a następnie udał się pod chór skąd obserwując wszystkich na kościele uczestniczył we Mszy św.
Główny celebrans przed wezwaniem do okazania sobie wzajemnie pokoju i miłości zaproponował, aby  wszyscy uczestniczący w zgromadzeniu liturgicznym przez podanie dłoni każdy z każdym, trwając w jedności Chrystusa, przekazali sobie Boży dar. Kapłani wraz z służbą liturgiczną ołtarza udali się zatem na kościół, aby dzielić się Jezusowym pokojem  ze wszystkimi, tylko jeden z lektorów zawahał się na moment, gdyż trudno mu było podejść do własnych rodziców.  W końcu podszedł do nich. Na ten moment czekał brat Antoni, odrazu znalazł się  przy familii i ze szczerym uśmiechem, ręką klepiąc po ramieniu chłopca, zwrócił się do jego rodziców: “Możecie być dumni ze swego syna, on tak was kocha, słyszałem wiele razy jak modlił się za was i jestem pewny, że zawsze was nosi w swym sercu. Jest to dobry chłopak i Pan Bóg napełnił go swoją miłością, a teraz i w wasze serca pragnie wlać pokój. Nie martwcie się tym , że nie spełni on waszych marzeń, ja wiem, że chcecie by on był szczęśliwy więc zrozumcie to teraz, że dla waszego syna szczęście to kroczenie za Jezusem. A kto idzie za Nim nie będzie chodził w ciemności, lecz będzie miał światło życia. On swój dom buduje na skale - wypowiadając te słowa brat Antoni popatrzył głęboko w oczy zaskoczonego lektora, w których łatwo można było wyczytać ogień wdzięczności - więc zostawcie pustynię swoich ambicji i zaufajcie Panu. Tych, których Bóg powołuje, tym też błogosławi. Błogosławieństwo swe roztacza też na dom powołanego. Myślę, że teraz Jezus uwalnia wasze serca od zła, które niszczy wszelką jedność i usuwa nienawiść, która odebrała wam pokój i radość”.
Kiedy brat Antoni wypowiadał te słowa w oczach matki pojawiły się łzy, szlochała. Ojciec zaś po wysłuchaniu wszystkiego uchwycił syna za ramiona i głęboko wzruszony wyrzekł: “Pokój tobie synu, masz nasze błogosławieństwo, idź i bądź godnym uczniem Chrystusa”. Na ustach młodego człowieka pojawił się uśmiech, ale zdołał tylko powiedzieć: “Dziękuję tato” i pobiegł do ołtarza.
Brat Antoni wycofał się pod chór i wpatrując się w białą postać Eucharystycznego Chleba modlił się: “Panie... powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja, ale również uzdrów serca tych troje poranionych ludzi. Bądź im lekarzem. Amen.”

8. Chrześcijańscy malkontenci

Do sanktuarium św. Antoniego w Dąbrowie Górniczej przybywa wielu chrześcijan, aby szukać nadziei za wstawiennictwem Doktora Ewangelicznego. Jest wśród nich wielu  przygnębionych  i smutnych ludzi.
Któregoś dnia brat Antoni z uwagą śledził zachowanie pewnej kobiety w średnim wieku. Owa pani właśnie weszła do świątyni  i  jak zazwyczaj to czyniła swe pierwsze kroki skierowała na “swoje” stałe miejsce,  w drugiej ławce od ołtarza Matki Bożej Częstochowskiej. Podchodząc bliżej do “swej” ulubionej ławki spostrzegła, że na “jej” miejscu usiadł już ktoś inny. Nieukrywając swego niezadowolenia takim obrotem sprawy zajęła miejsce po przeciwnej stronie tak, aby końcem swego oka rozpoznać, oskarżyć i w tej samej chwili wydać wyrok na niemile widzianego intruza.
Brat Antoni westchnął głęboko i rozłożywszy bezradnie ręce powiedział do Pana Jezusa: “Panie, ta kobieta chyba należy do Stowarzyszenia Chrześcijańskich Malkontentów, choć sam nie wiem od kogo otrzymała licencje na marudzenie, krytykowanie i uskarżanie się. Panie powiedz mi, dlaczego do Twoich świątyń przychodzi tak dużo posiadaczy osobistych czarnych chmur, którzy sprawiają wrażenie jakby urodzili się w złym humorze i nie mogą się z niego wyzwolić ?”
Pan Jezus uśmiechnął się do rozgoryczonego franciszkańskiego brata i przemówił tymi słowy: “Widzisz bracie Antoni, mój pokorny sługo, wielu z tych ludzi o których mówisz to zazwyczaj temperamentowe kombinacje melancholika z flegmatykiem. Ludzie tacy łatwo wpadają w depresje i brak im motywacji by się zmienić. Mają często negatywny stosunek do życia, zawsze narzekają. Ta kobieta, którą tak bacznie obserwowałeś, wciąż zachowuje w swej pamięci tych wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób w przeszłości ją odrzucili. To sprawia, że nosi w swoim sercu przeświadczenie, że nikt o nią nie dba, nikomu na niej nie zależy i że lepiej byłoby, gdyby umarła. Dlatego przychodzi prawie codziennie do tej świątyni, aby prosić Mnie, bym ją przeprawił przez dolinę śmierci”.
- To jak jej pomóc ? - Bez większego entuzjazmu  zapytał Antoni swego Mistrza.
- Pomyśl, skoro nosi w sobie przeświadczenie, że nikt się nią nie interesuje, to może warto się z nią zaprzyjaźnić, ale uważaj, gdyż jest bardzo podejrzliwa.
Brat Antoni nie wiedząc jeszcze co ma zrobić  postanowił usiąść obok malkontentnej kobiety. Gdy już lekko wśliznął się do ławki i delikatnie ukłonił, cichym szeptem zagadnął: “Zauważyłem, że siedzi pani sama i ma smutny wyraz twarzy, wyobrażam sobie, że musi być pani bardzo przykro i z jakiegoś powodu poważnie pani cierpi. Po Eucharystii zapraszam panią na przechadzkę po alei kasztanowej, gdzie będziemy mogli swobodnie porozmawiać o tym stanie rzeczy. Ja też w swoim życiu przeżywałem trudne chwile, np. kiedy ciężko zachorowałem na misjach, ale Pan Bóg mnie uzdrowił. Z Bogiem wszystko jest możliwe.” Kobieta nic nie mówiąc zapobiegawczo zmierzyła wzrokiem brata Antoniego, a następnie nie zważając na swego całą swą uwagę skierowała na przeżywanie Mszy świętej.
Brat Antoni po zakończeniu liturgii Mszy św. czekał przy bramie głównej na swoją sąsiadkę z kościelnej ławy, a gdy tylko ukazała się w drzwiach wskazał ręką kasztanową aleję. Kobieta niechętnie przyjęła zaproszenie, ale kiedy przechadzając się pomiędzy starymi kasztanami odnalazła we franciszkańskim bracie wiernego słuchacza swoich rozpaczliwych historii, wówczas nie zważając na wcześniejszy dystans otworzyła przed nim całe swe serce. Opowiadała o tym, że rodzice jej nie kochali, a jej dwaj bracia byli przez nich faworyzowani, że nauczyciele nigdy jej nie lubili bo była w ich oczach brzydkim kaczątkiem, że została starą panną, gdyż żaden chłopak nie chciał się z nią ożenić, a jedyny który prosił o zaręczyny był przez wszystkich w koło uważany za wielkiego pijaka, że nikt ją nie zaprasza i nikt jej też nie odwiedza, że już ma dość takiego życia. Rozmowa trwała długo, około dwóch godzin, i przez cały ten czas brat Antoni kiedy tylko mógł dojść do głosu  wlewał w serce owej poranionej przez życie kobiety nadzieję. Często powtarzał, że jako wierzący nie smucimy się jak ci, którzy nie mają chrześcijańskiej nadziei, a próby które na nas zsyła Bóg są dla naszego ostatecznego dobra, dlatego mamy być mocni w Panu siłą Jego potęgi. Z upływem czasu przygnębiona kobieta zmieniała wyraz twarzy tak, że pod koniec  rozmowy  na bladych policzkach pojawił się lekki rumieniec. Na odchodne podziękowała bratu Antoniemu za wsparcie i czas ofiarowany wyłącznie dla niej, a podsumowując całe to wydarzenie zamknęła je w usłyszane kiedyś przed laty słowa: “Bóg nie zdejmuje ciężarów, wzmacnia tylko plecy.” Gdy te słowa usłyszał Antoni  w jego wnętrzu zagrała radosna nuta z pieśni chwały, gdyż oto na jego oczach dokonał się kolejny mały cud przemiany. A potem wyśpiewując refren psalmu responsoryjnego: “Pan mój i Bóg mój zawsze mnie wspomaga” udał się na spotkanie ze swoim Mistrzem.

9. Uśmiech Pauliny

Już opustoszały krzesełka po dzieciach licznie gromadzących się na niedzielnej Mszy św. o godz. 16.00, kiedy do sanktuarium przybyła grupa maturzystów z nadgranicznego miasteczka z południowej Polski. Młodzi ludzie będący w drodze do Pani Jasnogórskiej zatrzymali się przy kościele na odpoczynek. I jak to z młodymi bywa, szybko rozeszli się po terenie, aby zapoznać się ze świątynią i nowym miejscem.
Brat Antoni zakończył układać krzesła w nawie głównej i przeszedł pod chór pozbierać skorupki słonecznika pozostawione na posadzce przez zniecierpliwionego małolata, który nie potrafił nawet w miejscu świętym powstrzymać nawyku łuskania małych ziarenek. Właśnie schylał się nad kolejnym śmieciem, kiedy do wnętrza kościoła wbiegła grupa młodzieży. Uśmiechnięci chłopcy i dziewczęta nie zważając na sprzątającego zakonnika, niczym rakiety wpadli do środka, gdzie szybko zniknęli w szarych, bocznych nawach. Chichoty i wrzawa towarzyszyły im  przy zwiedzaniu sanktuarium. Wychowawcy próbowali uspokoić swych wychowanków, ale ich prośby ginęły w gigantycznej masie słów  wylewanych z ust młodych ludzi.
Brat Antoni zauważając bezradność nauczycieli, spokojnym krokiem udał się do zakrystii, włączył oświetlenie świątyni i mikrofony, aby do nich przemówić. Zaprosił wszystkich do prezbiterium, gdzie w kilku słowach opowiedział historię kościoła i klasztoru, a potem nie zastanawiając się, co sobie pomyślą odpowiedzialni za grupę, wygłosił kazanie na temat roli miejsc świętych w duchowym życiu człowieka. Kiedy mówił o oazie jako miejscu ocalenia, wypoczynku i radości, delikatnie wplótł wątek o zgodzie na własne życie. Wiedział bowiem, że młodym najtrudniej zaakceptować teraźniejszość, z tym wszystkim, co niesie ona ze sobą. Mówił, że zgoda na życie bardzo się “opłaca”. Pełna akceptacja  życia odsłania nam, jak niezwykłe istnieją w nas energie emocjonalne, intelektualne i duchowe, dzięki którym możemy nasze życie uczynić twórczym i ciekawym. Buntując się zaś przeciwko życiu tracimy wiele sił na budowanie pozorów życia, na życiowe iluzje. Nie możemy zapomnieć, iż Bóg ufa człowiekowi wbrew wszelkiej ludzkiej logice – i na dowód tego opowiedział ewangeliczną przypowieść o właścicielu winnicy i zuchwałych robotnikach (Łk 20,9-15), kończąc ją wnioskiem – Pan Bóg ma tak wielką ufność do nas, że nie bał się posłać do buntowników swojego Syna.
W tym, co mówił było wiele mocy. Młodzież i nauczyciele słuchali go jak starotestamentalnego proroka, który zwiastuje nowinę nadejścia nadziei. Ta rozhukana ferajna, jeszcze przed kilku minutami bardziej przypominająca podróżujących turystów niż grupę pielgrzymkową, pod wpływem mowy złotoustego kaznodziei przekształciła się w stado potulnych owieczek wpatrzonych w oczy pasterza.
Kiedy mówca, po wypowiedzeniu ostatniego zdania (Zgoda na własne życie jest w swojej istocie zgodą na wolę Boga, na Jego prowadzenie), powiedział: Amen, zaraz pękła niczym mydlana bańka atmosfera skupienia i maturzyści tak, jakby już zapomnieli gdzie się znajdują, zaczęli opuszczać świątynię. Wówczas do brata Antoniego podeszła Paulina z zapytaniem: Proszę mi powiedzieć, czy można modlić się o szybką śmierć?
Zakonnik zaskoczony słowami młodej dziewczyny, popatrzył jej głęboko w oczy i na pytanie odpowiedział pytaniem: Dlaczego pytasz o śmierć, kiedy przed tobą maluje się długa przyszłość?
Nie czekając na odpowiedź zaprosił rozdygotaną dziewczynę, by usiadła w ławce i opowiedziała o swoich problemach. W oczach Pauliny pojawiły się łzy, a na ustach słowa mówiące o braku akceptacji  ze strony rówieśników i najbliższej rodziny. Zranione serce samotnika wylewało wciąż nowe krople goryczy ubrane w garniturki buntownika, który za każdym razem woła: Gdzie jest teraz Bóg, czyżby spał? Paulina już wcześniej szukała nadziei, najpierw w Biblii, później  w Koranie, lecz obie księgi były dla niej tylko zapisanym papierem bez gotowych odpowiedzi i na dodatek nie mogła z nimi porozmawiać.
Brat Antoni widząc cierpiącą owieczkę przytulił ją do swego ramienia tak, iż mogła poczuć się niczym św. Jan z głową na ramieniu Pana, i wskazując na tabernakulum cicho wyszeptał: Widzisz, jesteśmy w namiocie spotkania, Bóg wprowadził cię do niego byś mogła być uzdrowiona. On wie jak rozdarte jest twoje serce, pamięta twe zapłakane oczy, kiedy siedziałaś wieczorem na dywanie  wciśnięta w kąt pomiędzy łóżkiem a meblościanką. I pragnie dotknąć to serce, które krwawi, ale na błędnej drodze szuka uzdrowienia. Pan posługuje się aniołami w spodniach i spódnicach, dlatego przyprowadził cię tutaj, byś mogła doświadczyć akceptacji. Obiecuję, że będę modlił się za ciebie, a i Maryja otoczy cię płaszczem swej opieki, Ona rozumie twój ból.
Po tych słowach na ustach Pauliny pojawił się uśmiech. Dziękując za duchowe wsparcie ucałowała rękę brata Antoniego i wybiegła, wzywana przez klakson odjeżdżającego autokaru.

10. W ramionach ojca

Odbywały się właśnie w parafii franciszkańskiej rekolekcje wielkopostne mające na celu “przemienić oblicze tej ziemi” i przygotować wiernych do największego wydarzenia roku liturgicznego jakim jest Pascha. Brat Antoni chętnie przysłuchiwał się naukom głoszonym przez rekolekcyjnego kaznodzieję wchłaniając niczym pochłaniacz Boże prawdy i całe moralne pouczenie.
Rekolekcje trwały już trzeci dzień. W świątyni wokół Chrystusowego ołtarza zgromadzeni byli mężczyźni słuchając nauki stanowej dla siebie. Kaznodzieja dobitnym głosem mówił o roli ojca w wychowaniu dzieci, o jego zadaniach i obowiązkach, powołując się na współczesnych pedagogów przytaczał negatywne postawy ojcowskie i klasyfikacje ojców zamykając je w klamrze od ojca tyrana do ojca groszoroba. Trudne słowa padały w męską część wspólnoty parafialnej, gdzieś głęboko poruszając często zatwardziałe serca, które pragną bić dla całej rodziny, ale zasłonięte kotarą trosk codziennych wciąż trwają zamknięte (przynajmniej z zewnętrznej obserwacji) w obawie przed otwarciem.
Bratu Antoniemu bardzo przypadły do gustu słowa kaznodziei, zaraz też uciekł swą myślą do ewangelicznej przypowieści, gdzie kochający ojciec widząc marnotrawnego syna wybiega mu naprzeciw i uszczęśliwiony tuli go w swych objęciach. Piękny obraz Bożej miłości – pomyślał brat Antoni, ale jak trudno dzisiaj jest ludziom przyjąć ten obraz Boga. Szczególnie młodzi, wpatrzeni w kryzys ojcostwa,  nie umiejąc znaleźć wspólnego języka z rodzicami, tak często projektują obraz ojca wyniesiony z własnego domu na Boga Ojca i od tego drugiego odwracają się plecami nie chcąc mieć nic wspólnego z “takim” Bogiem.
Nagle zamyślony zakonnik odtworzył w swej pamięci słowa bliskich braci św. Franciszka, którzy opowiadali, że Biedaczyna z Asyżu na początku swojej drogi też nie został zrozumiany przez swego tatę. To, że rozdawał towar ubogim, żebrał, wychodził z domu, by – według ojca – marnować czas włócząc się po grotach i skalnych samotniach; nie mieściło się w głowie człowieka, który pragnął tylko mieć dla siebie i to według swej miary i zapotrzebowania. Często w takich przypadkach rodzi się konflikt, z braku zrozumienia leją się łzy i boli serce, nawet jeżeli żadne oczy tego nie widzą. Wówczas chce się jednego – uciekać. Zbudować miejsce, które będzie azylem, nie ważne jakie i gdzie, ważne że bezpieczne, bez poczucia ciężkiego oddechu nad głową.
Franciszek przeżył to tak samo. Najpierw przygotował sobie grotę, miejsce azylu, w którym przez miesiąc ukrywał się przed wzrokiem swojego ojca, aby wzmocniony Bożym natchnieniem w końcu stanąć przed nim bez obawy o dalsze konsekwencje. Zamknięty w domowym więzieniu, bez prawa obrony, ale z sercem spokojnym, gdyż ofiarowanym Bogu przyjmował wolę taty, aż do momentu kiedy, po wielu domowych perypetiach i ucieczce, stanął przed sądem biskupim oskarżony przez własnego ojca. Tłum gapiów, zaciekawiony niecodzienną sceną rodzinną był świadkiem jak 24-letni młodzieniec oddał wszystko co posiadał, włącznie z ubraniem, i zwrócił się do zebranych stwierdzając, że od dzisiaj ma tylko jednego Ojca, do którego może śmiało mówić:   Ojcze nasz...
Trudne momenty przeżywają niektórzy młodzi ludzie, kiedy zabraknie w ich domu miłości ojcowskiej i odpowiednich postaw rodzicielskich – pomyślał brat Antoni i zaczął się modlić: Panie mój i Boże, dopomóż tym wszystkim ojcom i młodym mężczyznom,  aby byli dobrymi wychowawcami, mężami i ojcami tak, jak to można zaobserwować w postawie św. Józefa Oblubieńca Najświętszej Dziewicy. Daj im serca gotowe umiłować, zaakceptować i przytulić do siebie każde dziecko i każdą żonę. Amen.

11.  Radość serca

Na gołonowską górkę zagościło już na dobre lato. Wokół niewielkiego kościółka zielony dywan trawy z naznaczonymi przez drobne krzewy wzorami, co niczym arras z wawelskiej katedry przynosi ukojenie dla wzroku. W powietrzu ptaki
wybrały to miejsce jako swoisty amfiteatr, wykonując swoje arie zapisane na szerokich liściach kasztanowców, których rozłożyste konary są źródłem upragnionego cienia. Każdy, kto szuka chwili wytchnienia od zgiełku dużego miasta przychodzi tutaj, aby w tej aurze błogiego pokoju zakosztować radości ducha.
Brat Antoni usiadł właśnie w cieniu jednego z drzew, opierając się plecami o jego pień i poprawiając jeszcze fałdy habitu odpłynął w krainę wspomnień. Przypomniał sobie swój orzech, na którego konarach miał małą izdebkę, gdzie oddawał się kontemplacji Boga. To były chwile, których żaden zegar nie potrafi wskazać i żadna godzina nie obejmie swymi ramionami. Tylko człowiek i Bóg, jakby jedno, nierozerwalne dzieło zjednoczenia. Teraz zostało już tylko wspomnienie tamtego miejsca i jedna prawda, która jest nieprzemijająca: Zanurzyć swoje serce w sercu Jezusa, to dać się pochłonąć niezgłębionej miłości Boga.
Zakonnikowi przyglądał się pewien młodzieniec, który najwyraźniej zaciekawiony dziwnym ubiorem siedzącego mężczyzny przezwyciężył  w sobie nieśmiałość i podszedł do franciszkanina zadając takie pytanie: O czym myślisz siedząc pod tym drzewem?
Wyrwany z głębokiej refleksji brat Antoni uśmiechnął się do stojącego nad nim młodzieńca i odpowiedział:  Właśnie rozmyślałem o modlitwie, o tym jak Pan Bóg mówi do serca człowieka, które jest otwarte na Jego działanie.
-    Wiesz, dziwię się, że zajmujesz swój umysł takimi sprawami. Ja już od kilku miesięcy praktykuję medytację transcendentalną, uczę się techniki medytacji stworzonej przez guru Maharishiego, dzięki czemu pomału nabieram umiejętności “latania jak Piotruś Pan”. Jest to dużo ciekawsze niż rozmyślanie o Bogu, którego tak naprawdę uważam, że niema.
Te słowa zagotowały wewnętrznie Antoniego, on – młot na heretyków – nie mógł pozwolić na to, by jeszcze jeden młody człowiek utopił się w oceanie medytacji, która doprowadza do zaniknięcia “ja” osobowego, koniecznego w spotkaniu z drugą Osobą w modlitwie chrześcijańskiej. Zaprosił wiec młodzieńca pod cień kasztanowca i wykładając naukę Kościoła oraz bazując na własnym doświadczeniu  kontemplacji Boga ukazał mu piękno Bożego daru, zwrócił uwagę na to, że modlitwa chrześcijańska jest historią miłości między Bogiem a Jego stworzeniem. W końcu wykazał zagrożenia dla chrześcijanina i każdego człowieka jakie niesie ze sobą medytacja transcendentalna.
Młody mężczyzna słuchał gorących, pełnych szacunku i znajomości tematu słów franciszkańskiego zakonnika. Nie negował, lecz szukał płaszczyzny porozumienia, a nie znajdując wspólnego mianownika przyznał w końcu, że jego medytacja tak  naprawdę nie przynosi radości serca, nie jest źródłem szczęścia i doświadczeniem miłości. Brat Antoni, poklepał po ramieniu zagubioną owieczkę i zaprosił do wspólnej modlitwy uwielbienia Boga, który przychodzi, aby rozpalić serce człowieka niekończącą się miłością.

12. Muzyka dla twardzieli

Nastał jeden z tych  niedzielnych poranków, który nic szczególnego nie zapowiadał. Jak zwykle ci,  którzy z przyzwyczajenia wcześnie wstają przyszli na pierwszą Mszę świętą. Brat Antoni spogląda na nich z  podziwem, gdyż są to przeważnie ludzie starsi, którzy muszą włożyć wiele wysiłku by przyjść do sanktuarium na gołonowskiej górce. Niejednokrotnie swoją wyprawę dzielą na kilka etapów, często zatrzymując się po drodze,  aby uspokoić oddech i zebrać resztkę sił do dalszej wędrówki. Co ich do tego zmusza? Przyzwyczajenie, a może waga spotkania z Bogiem Miłością, który rozdaje swe prezenty podczas wielkiego dziękczynienia w zgromadzeniu liturgicznym. Brat Antoni zna bardzo dobrze ich twarze, zna problemy dnia codziennego i często prosi Wszechmogącego, by wzmacniał im plecy do dźwigania krzyża.
Inaczej jest z młodymi, ci gromadzą się w świątyni na “swojej” liturgii o godzinie dziewiątej wnosząc do niej wiele entuzjazmu. Grupa młodzieży oazowej wraz z zespołem muzycznym dba o przygotowanie oprawy liturgicznej, ich młode twarze radosne i promieniujące uśmiechem są niczym promyki przebijającego się przez szarość chmur słońca. Brat Antoni, kiedy patrzy na nich, odkrywa wielkie pragnienia przemiany tego, co jest do przemienienia, przede wszystkim w sobie, a później w środowisku życia. Ostre kontrasty pozwalają łatwiej zrozumieć poranione serca   spragnione kochania i bycia kochanym. Nie jest to prosta szkoła patrzenia, ale dla Antoniego, który uważa, iż w centrum Kościoła jest Miłość, człowiek stanowi zawsze podmiot w którym owa Miłość działa lub pozostawiła ślady swej obecności, które należy  po prostu wydobyć.
Tak też było tego poranka, kiedy po Eucharystii brat Antoni przystanął z grupką młodzieży. W toku rozmowy  ktoś podjął temat muzyki młodzieżowej, zachwycony świadectwami nawróconego Tomka Budzyńskiego, Darka Malejonka i innych rockowych muzyków opowiadał o nowym duchu panującym wśród rówieśników.  Ktoś inny poddał krytyce, jak to określił “szatański metal”, a następnie wychwalał  rosnące jak grzyby po deszczu chrześcijańskie zespoły muzyczne. Brat Antoni przysłuchiwał się uważnie temu o czym rozprawiali młodzi, dla niego była to lekcja teraźniejszości, która tak szybko zmienia swe oblicze. Po czym przeprosił zebranych i delikatnie wycofując udał się na poranny spacer kasztanową aleją.
Schodząc serpentynami z góry do jego uszów dobiegł dziwny  rodzaj muzyki, którego wcześniej nie znał, coś z gatunku reggae. Podchodząc bliżej okna, z którego wydobywała się owa muzyka starał się zrozumieć wykrzykiwane w języku polskim słowa, ale te były tak wulgarne, że nie przystoi je nawet wypowiadać. Bardzo zasmuciło to serce brata Antoniego, ponieważ potwierdziła się  teza, że za pomocą muzyki można wspaniale oddawać cześć i chwałę Panu Bogu, ale i można Go obrażać. Kiedy tak przysłuchiwał się stojąc pod oknem parterowego domku z wnętrza pokoju wyłoniła się sylwetka młodego chłopca, który zaciekawił się zakonnikiem.
-    Powiedz mi, co to za muzyka – zagadnął grzecznie Antoni.
-    To muzyka warszawskiego deszczu - wycedził przez zęby zaskoczony  młodzian.
-    I tobie się to podoba?
-    Bardzo, to jest de best.
-    Ja nie mógłbym tego nawet przez minutę słuchać – podzielił się własnym wrażeniem brat Antoni i poprosił młodzieńca o wyłączenie tego nagrania.
-    Niewielu może jej słuchać, bo to jest muzyka dla twardzieli – prostując się dumnie odpowiedział chłopak, który z postury  nie wyglądał na twardziela.
-    Muzyka dla twardzieli - powtórzył półgłosem Antoni i dodał głośniej – a jak byś nazwał muzykę chwaląca Pana Boga?
-    Nie wiem, tej nie słucham gdyż jest bardzo nudna. Kiedy chodziłem z babcią do kościoła to ciągle śpiewano tylko stare pieśni i to jeszcze  w taki sposób, że szybko zasypiałem. A przy tych kawałkach to ja wiem, że żyję, bo opisują brutalne życie i wskazują jak sobie w nim radzić.
Antoni widząc, że chłopiec chętnie chce rozmawiać zaprosił go na spacer i prowadząc w stronę Borowej Górki dzielił się niedawno zasłyszanymi od młodzieży wiadomościami. Chłopiec zaskoczony pewną znajomością tematu przez zakonnika na początku zaczął z nim polemizować, aż w końcu przyznał rację. Brat Antoni żegnając się z nowo poznanym przyjacielem zaprosił go na niedzielną Mszę świętą,  na której młodzieżowy zespół radośnie uwielbia Pana Boga.

13. „Głupi Jasiu”

Są takie dni, kiedy człowiekowi nie chcę się nic robić, najchętniej zamknął by się w czterech ścianach swej izdebki, izolując się w ten sposób od całego świata i zatopił w krainie marzeń. Utopijny świat maluje wówczas wspaniałe obrazy, którymi upajając się można teoretycznie zaspokoić swe pragnienia.  Tak trudno wówczas podjąć nawet najprostsze obowiązki. Takim dniem dla brata Antoniego był dzisiejszy dzień. Nawet święci mają takie chwile, nie są przecież od nich wolni, szczególnie tacy, którzy ciągle muszą być do dyspozycji innych, a pod tym względem brat Antoni na pewno należy do czołówki.
Zamknięty we własnej izdebce marzeń  pragnął, by wszyscy ludzie byli już szczęśliwi, by nikomu nic nie brakowało, by wszyscy się szanowali i wzajemnie sobie pomagali, by wszystkie kościoły pękały w szwach z powodu ilości wierzących, by nikt nie czuł się samotny i odrzucony... Widział również siebie pośród wielkiej gromady Braci Mniejszych radosnych jak nigdy dotąd, którzy śpiewali przepiękne pieśni chwały dla swego Króla pośród zielonej doliny na którą wstępowały niezliczone tłumy zbawionych. Ten wspaniały obraz tak rozpalił serce brata Antoniego, że zapragnął wyjść na szczyt wieży kościelnej i zapraszać z niej wszystkich mieszkańców Dąbrowy Górniczej, ba nawet więcej, całego Zagłębia do uwielbiania Najwyższego i Jedynego Boga. Już nawet uczynił kilka kroków w stronę chóru, gdy nagle w drzwiach świątyni spostrzegł mężczyznę w średnim wieku, pulchnego jak pączek z niezgrabnie złożonymi rękoma na brzuchu, który z lekkim uśmiechem na twarzy wchodził do kościoła. Wyraz twarzy owego człowieka zaciekawił brata Antoniego, było w nim coś tajemniczego, a zarazem bardzo prostego. Ten człowiek musi być przeźroczysty – pomyślał Antoni i stanął naprzeciwko niego w odległości kilku kroków. Kawowe oczy przybysza spotkały się z zaciekawionym wzrokiem zakonnika, krótka wymiana spojrzeń i nagle potężny mężczyzna wydając nieartykułowane odgłosy szybkim krokiem ruszył w stronę Antoniego i po chwili wisiał mu już na szyi, całym swym ciężarem ciała obdarowując franciszkanina. Brat Antoni zdezorientowany przebiegiem spotkania poddał się tokowi wydarzeń.
W tej chwili do świątyni weszła starsza kobieta, która widząc na środku kościoła nieco zabawną scenę, cichym głosem zawołała: Janku, zostaw w spokoju braciszka. Jak się szybko okazało Jankiem był upośledzony umysłowo mężczyzna z pobliskiego osiedla za którym wszyscy wołali: głupi Jasiu! Głupi Jasiu! Przyszedł do sanktuarium ze swoją mamą, aby pomodlić się i przy okazji w chłodzie świątyni choć na parę minut schronić się przed panującym upałem.
-    Proszę się nie gniewać, Janek nie wypowiada słów, on mówi swym ciałem – wyjaśniała mama – bardzo się cieszy z tego spotkania, dla  niego osoba duchowna jest kimś bardzo ważnym, czuje się przy niej bezpiecznie, gdyż wie, że służy Bogu, którego on sam bardzo kocha.
Te matczyne słowa przyniosły ulgę Antoniemu, w dalszej rozmowie poznał historię życia Janka, który przez cały ten czas uśmiechnięty trzymał brata Antoniego za rękę, znajdując w nim swego nowego przyjaciela. Po rozstaniu franciszkanin usiadł jeszcze na moment w ławce i rozważał tajemnice Bożej miłości w życiu takich ludzi, jak nowopoznany Przyjaciel - Jasiu.